Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A cóż on porabia?
— Maluje, panie, przeważnie!
— Ma-lu-je! Chryste Panie! A toż co nowego? Jakto maluje? Co on maluje?
— Przeważnie karykatury, z których jedną ma pan przed sobą na drzwiach.
— To już nie kraje trupów? Coraz lepiej! Któż trupy kraje w takim razie?
— Mamy i medyka.
— Aha! To cóż, u licha, mówiła mi matka pani? Tu trzeba głowę stracić!
— Matka się pomyliła. Syn pański przez żart zamienił się ze współlokatorem, medykiem, na imię. Tamten się Rafał nazywa!
— To Felis mój na serjo maluje! Cóż to za nowa brewerja?
— Leonka, Leonka! — ozwał się jak piszczałka głos pani Brzezowej. — Gdzie to kluczyki? Gdzieś je widziałam! A gałgan, rozpustnik, nicpoń! Zjadł co do jednego, takie gorące i nic mu się nie stało! Tymczasem szołtonosów nie będzie i sama nie wiem, co dać na trzecie danie! Jak myślisz? Może naleśników tak na prędce! Ale kiedy znowu tych kluczyków niema, a mąka i jaja w kantorku! Boże, Boże, co to za dom! Niczego się nie doszukać!
— Aj, dobrodziko, dobrodziko! — zawołał szlachcic z za drzwi. — A godziłoż się to takiego mi pietra napędzić tą medycyną! Toż to słyszę oni się poprzezywali, drapichrusty! Ale znowu skądże Feliś malować się nauczył! Awantury arabskie!
— Ach, Boże! Toż prawda! Moja biedna głowa! Poprzezywali się! Prawda, prawda! To pan dobrodziej ojciec pana Rafała? Bardzo mnie miło...