Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Aha! Siedzi Zudra, Ignacy mu, i forsuje, forsuje, i ja nic, grosika nie dają, ale wspomni pan moje słowo: wygram, bo nie zasypiam sprawy! A trzeba panu wiedzieć...
— Proszę mamy, może pan Rafał zostawił swój klucz w pokoju? — ozwał się z głębi głos córki.
— Ot gadanie! Tylko co dowodziłaś, że właśnie pan Rafał zabrał go przez psotę. Ale, prawda, prawda! Zawsze się mylam! Może być, może! Pan daruje, zaraz służę! Pewnie jest zapaśny klucz. Że też to mi z początku nie przyszło do głowy!
Uciszyło się na sekundę i wnet rozległo się z tryumfem:
— Jest, jest! Ratunek w biedzie ten pan Feliks. Z systematem człowiek, z wielkim systematem. Proszę, proszę pana mojego w ubogie progi! Byłam pewna, że jest drugi klucz, ale przez te szołtonosy reszta pamięci mi uleciała.
Drzwi się rozwarły. Szlachcic wszedł w sień długą, jak korytarz, skąd na obie strony rozchodziło się czworo drzwi, wszystkie rozwarte gościnnie. Naprzeciw niego stała kobieta sucha i drobna, w staroświeckiej mantylce, w czepku krzywo osadzonym na ruchliwej głowie. Żółta, pomarszczona, ale zdrowa widocznie i nad wiek żywa.
Dygnęła przed gościem stylem zeszłowiecznym i trzepała jak tartak:
— Wiktorja Brzezowa, do usług pana łaskawego! Z męża tak, a z domu Żółbikówna, wdowa teraz i w ladajakim bycie, ale to minie, minie! Da Bóg, przyjmę inaczej pana dobrodzieja, skoro tylko ten proces...
— Powodzenia, moja dobrodziko, powodzenia! Właściwie rzecz biorąc, niebardzo ja tam w prawo