Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


krajów, żargon całego świata, anegdoty śmieszne i ohydne, — cały szkic tego życia bez strachu przed śmiercią, bez porządku i reguły.
A Rafał słuchał chciwie.
Wulkanowi w piersi było tu za ciasno. Ugaszą go może orkany oceanów, zdławią szpony tygrysie, lub sploty wężowe, wchłoną w siebie lodowce bieguna.
— Ot, życie! — zakończył Bert ochrypły, gdy już szary brzask świtał w oknach. — Pójdziesz?
— Pójdę, tylko nie dziś, nie jutro. Ostatnią robotę odbyć muszę. Za miesiąc, czy dwa, gotów będę i nic już za sobą nie zostawię. Poczekasz na mnie?
— Poczekam. A jeżeli kompana sobie podobnego znajdziesz, zabieraj z sobą! Za dwa miesiące tutaj!
Uścisnęli sobie dłonie. Umowa była zawarta.
— Spać teraz będę! — oznajmił Bert.
— Turnerzy tam na mnie czekać będą i nie uwierzą na list. Bert, zrób mi przysługę i sam ich zawiadom o moim wypadku. Tobie uwierzą.
Bert zaklął straszliwie, ale zabrał się i wyszedł.
Dowód to był niesłychanej łaski dla nowozwerbowanego towarzysza. Rafał sam pozostał.
Oczy mu gorzały maligną. Bert nie wrócił.
Zapewne wpadł pod troskliwą opiekę Franza, lub znalazł inne legowisko.
Wieczorem Radwan się zerwał. Ręka paliła żarem, usta spiekł ogień wewnętrzny; podniecony gorączką, począł z szaf i stołów zrzucać na stos i nogami deptać pergaminy, księgi, manuskrypty.
— Gińcie, marnijcie! Zabrałyście mi siedem lat na darmo! Pleśń wasza miała mi dać spokój i prawdę.... Kłamstwo! Nędzę dałyście mi i niewolę! Precz idźcie! Wy, śmiecie głupich wieków i płytkich głów. Skończy-