Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Potem powoli wyliczył tych wyborowych szermierzy dziewięciu i przystanął.
Milczano. Wybór zadawalniał wszystkich, przeszedł bez żadnej opozycji.
— A dziesiąty? — zawołał tylko ktoś z głębi.
Köhler miał oczka o tyle małe, o ile sam był wielki; zdobył się jednak na wyraźnie gniewne spojrzenie w stronę niecierpliwego studenta.
Oznajmił flegmatycznie, że odrzucony z dwóch kandydatów na prezesa, zostanie zwykłym członkiem.
Potem rzucił donośnie na łup studenckich języków dwa nazwiska i siadł zmęczony. Przemowy były słabą stroną olbrzymiego Köhlera.
O cudo! Król faraon omal nie zstąpił z szyldu, wskrzeszony podziwem! Języki burszowskie nie rozszarpały nazwisk; cichy szmer, szepty z sąsiadami — zresztą nic. Bójka wczorajsza i pozorna obojętność Rafała ostudziła zapalone pałki. Nie sam tylko żółciowy student brał stronę Feliksa; widocznie, że przez minioną dobę myśl podobna trafiła do niejednej głowy, wczoraj jeszcze oburzonej kandydaturą intruza.
Spojrzano na Rafała, oparty o ścianę, z kamienną martwotą na twarzy, słuchał bez znaku najmniejszej uwagi jakiejś żarliwej polemiki Egona, zapatrzony wpół przymkniętemi oczyma na pajęczyny sufitu. Studenci nie psychologowie; zdawało się im, że drzemie.
Odwrócono się od niego w stronę Feliksa. Opowiadał coś żywo, gestykulując i strojąc miny komiczne. Bił od niego zapał i gorączkowe zajęcie.
— Daję głos za Radwanem! — przerwał obserwacje bas Köhlera. — Pokolei, proszę o zdanie.
Dobył księgę i pióro i czekał.