Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Rafał musi zostać! Potrzebny do wyborów! — wrzasnął Egon z głębi.
Wypadł, jak bomba, przeszedł niewiadomo jak, chyba po głowach kolegów i już trzymał ideał turnerów za rękaw surduta.
Szturmem tylko i walką można się było od niego odczepić. Ale Rafał o boju nie myślał. Stał chwilę wahający, oczy spuścił, nerwy na twarzy bladej kurczyły się i wyprężały wewnętrzną walką. Nareszcie podniósł głowę. Nieustraszonem, zuchwałem spojrzeniem objął wszystkie twarze, zaciął zęby i gwałtownie, szybko, wrócił na swe miejsce.
Meinetwegen! — burknął krótko.
— Ja ciebie odprowadzę, Bert! — ofiarował się Franz, rad, że uniknie stanowczej chwili i głosowania.
Andenberg popatrzał, ruszył wzgardliwie ramionami, splunął w stronę Feliksa i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Za nim wysunął się Franz tchórzliwy.
W knajpie zapanowała cisza, wszyscy spiesznie zajmowali swe miejsca, szeptano po kątach.
Aż wreszcie u prezydjalnego miejsca podniósł się mężczyzna rosły, kwadratowej postaci, arszynowych piersi i pleców. Był to prymus, Köhler.
Zadzwonił, uciszyło się zupełnie.
Podniósł głos, co jak z otchłani wychodził, i mówił krótko, urywczo, po żołniersku, o turnerskim zjeździe całych Niemiec w Düsseldorfie, o jego celu i zwyczajach, o obowiązku każdego związku odznaczenia się chwałą na popisie tym, dalej wzmiankował, że, z powodu zwichniętej nogi, nie mogąc sam uczestniczyć, nadzieje swe składa w dziesięciu członkach monachijskiej korporacji, iż wrócą laurami uwieńczeni.