Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Szacunku więcej i czci, panie Andenberg, dla sławy! — zawołał. — Na kolana przed mistrzem! To ani pański, ani tych panów kolega; to piramida, a my piasek pustyni!
Śmiechy zawrzały znowu, przeplatane niechętnem warczeniem, ale Bert nie słuchał. Lekceważąco spojrzał na mówiącego; można zaręczyć, że go obdarzył w myśli eleganckiem przekleństwem, i z jedną ręką do uścisku wyciągniętą, w drugiej podnosząc szklankę zapalonego ponczu, czekał.
Rafał podniósł się z miejsca i szedł niewzruszony, spokojny, przez tłum rozstępujących się kolegów.
Żylasta, zimna dłoń Andenberga spoczęła w dłoni filozofa.
Rafał wziął drugi kielich płonący; trącili się.
— Biorę cię za słowo! — mruknął Radwan.
Spojrzeli sobie w oczy.
— Powiedziałem! — rzekł stanowczo Bert.
Obadwa zgasili sinawy płomyk i wypili duszkiem rozpalony płyn.
Andenberg cisnął kieliszek o asfalt.
— Co nie ze stali, tak mu! — Zwrócił się do Rafała. — Masz swe przytulisko w tem przeklętem mieście?
— Na Salzgasse dawne mieszkanie ojca. Znasz?
— Znam. A wolnyś?
— Jak ptak.
— To chodźmy. Prześpię się i pogadamy. Basta! — zawołał, zeskakując ze stołu. — Bywajcie zdrowi! Jazda, Radwan!
— A to gdzie? — zawołał Feliks. — Do Egiptu z piramidą? Ostrożnie, pochłonie was Czerwone morze w postaci profesora Jana!