Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszsytkie głosy całego świata nie dadzą mu werwy i wymowy okolicznościowej! — zaśmiał się Feliks. — Radwan, powiedzno, jak przemówisz na polu popisu? Wypadnie ci biblję zacytować. Pamiętasz ową walkę Jakóba z aniołem? To byli pierwsi turnerowie, ten patrjarcha i twój patron. Będziesz musiał to wyznać!
— Czy dajesz głos za sobą? — zagadnął spokojnie Köhler.
— Daję za Egonem Falkenhorstem! Radwan może być bardzo szanowny filozof, nie znam się na tem, ale na turnera jest za ciężki i za zimny. Przytem jest aż śmieszny z swoją pewnością i dumą.
— Tu nie roztrząsamy charakterów, ale głosujemy! Dalej pokolei. Rahoza, czy Radwan?
— Radwan! — ktoś rzucił nieśmiało.
Dalej po kątach rosły szmery niechętnie.
— Radwan! — zwrócił się Feliks do swej cierpliwej ofiary. — Pamiętaj biblję; niewyczerpana studnia paraboli turnerskich. Samson, Gedeon i tym podobni! Odśwież ją sobie w pamięci, bo urządzisz sam nielada farsę, jak przez pomyłkę wyrecytujesz tam na bankiecie ustęp z twego dzieła: „O istocie nieistniejącego.“
Ukłócia szpilek, zda się, nie tykały Rafała; najmniejszym ruchem nie zdradził się, że uważa.
— Wyzwij go na rapiery! — syknął oburzony Egon.
— Za mało! — odparł głucho. — I jeszcze nie pora!
— Być pod takim prezesem, co narzeka, że mu sznury trapezu psują ręce. Tfu!
— Do rzeczy i porządku! — zaburczał Köhler. — Maks, twój głos. Wyraźnie.
— Rahoza! — odparł żółciowy student.
— Dalej!