Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bez zarzutu, ze swobodnym, swawolnym uśmiechem, co mu rozchylał ponsowe wargi, z niefrasobliwą pogodą w jasnych oczach. Wyglądał jak uosobienie dobrego humoru, szczęścia i młodzieńczej swobody.
W lewej ręce trzymał ogromny bukiet bzu i róż, prawą podał do uścisku.
— Phu! Ledwie żyję! — mówił dalej. — Zbieram bagaże, bo czas do domu pchać, a tu wizyt pożegnalnych miljon.
— Wizyt z bukietami! Ba, takie nieciężkie! — zaśmiał się Franz.
— Bodaj najcięższe, gdy ich za wiele! Patrzysz z zawiścią na te róże. Przez pamięć na twego dziada, a mego profesora, dam ci jedną dla twojej Gusty. Masz! A wy dokąd idziecie? Pod „Faraona?“
— Naturalnie; czekamy na ciebie, dziś losują.
— A to utrapienie ten zjazd! Wczoraj dałem mój głos za tobą, Egonie, i dziś zrobię to samo. Doprawdy, nie pojmuję, poco się kłócą. Radwan żeby umiał się znaleźć, powinien zrezygnować dla uniknięcia przykrych scen i kompromitacji!
— Rafał bardzo pragnie być prezesem! — wtrącił Franz.
Egon milczał; trzeci student podniósł skrzypiący głos:
— To bardzo źle, jeżeli filozof czegoś pragnie. Powinien być niedostępny uczuciom ludzkim i zwalczać w sobie naturę.
— Warto, żebyś i ty tę walkę rozpoczął, nim cię żółć zaleje — pomyślał Egon, ale zatrzymał uwagę przy sobie, jako nienależącą do żywotnej kwestji jego istnienia: turnerstwa i gimnastyki.
Feliks się roześmiał.