Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Egon, jakby mówił o dogmacie wiary. — Ma nerwy stalowe, muskuły sprężyste, wiele zimnej krwi i siłę Herkulesa. Nikt go nie pokona!
— A jednak ja głosuję za malarzem! — ozwał się ostry głos trzeciego kolegi. — Prezes deputacji nie muskułów potrzebuje, ale werwy i wprawnego języka. A w tem malarza naszego nikt też nie pokona. Radwan jest nieznośny zarozumialec i gbur.
— Nic mi do jego charakteru. To wiem, że jest turner, jakich mało, i każdy, co się na tem zna, jego wybierze. Wymowa potrzebna po kirchach i pedagogicznych zjazdach, to nie broń turnerów. Malarz niech maluje, a do nas się nie wtrąca. Postawię ja jeszcze na swojem i doprowadzę, że go z naszego towarzystwa wykreślą.
— Prędzej Radwana to spotka za zuchwałe zaczepki, pychę szatańską i szulerkę. Słuchacie go, jak wyroczni, przez pamięć na rozum jego ojca, a on wami pomiata i drwi z was w żywe oczy.
— Wolę, aby ze mnie drwił rozumny, niż półgłówek. Radwan ma dużo nauki i rozsądku, i wcale gburem nie jest. Żeby mi tak kto dokuczał, jak ten twój malarz jemu, tobym łajał i bił od świtu do świtu!
Rozmowa coraz bardziej przybierała charakter kłótni. Franz tylko milczał roztropnie, ale już nie szukał wśród snującej się studenterji czapki filozofa.
Ostygł nagle w swym zapale dla Radwana.
— Hej, wy bracia turnery, salve! Dokąd dążycie tak śpiesznie, dzieci mej duszy! — ozwał się wesoły głos za nimi.
Obejrzeli się z mimowolnym uśmiechem. Troje rąk wyciągnęło się z powitaniem.
Przed nimi stał Feliks Rahoza, szykowny, ubrany