Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


larzy? Nie posłuchano mnie; odtąd ciągle mamy zajścia i wczoraj powstał sądny dzień. Miotali się, jak potępieńcy, natłukli szkła i stołków na sto talarów; chryja doszła do tego stopnia, że aż policję zaalarmowali. Ha, ha! daliśmy dowody niepospolitych zdolności szermierskich!
Student się śmiał i zacierał ręce, snadź amator podobnych dysput z mimiką.
— Na czemże się skończyło wreszcie?
— Na niczem. Köhler ochrypł, wzywając do porządku, i odłożył głosowanie na dzisiaj. Jutro wyjeżdżamy na zjazd.
— Rahoza bawił się i śmiał, jak szalony, a najgorszych swych przeciwników poszkicował na ścianach, — mnie, naturalnie, na czele, błazen! Radwan zaraz na wstępie usunął się do bocznej salki. Poszedł za nim Rudi, Kurt, Toni, Achethal i Mathias Talk i w czasie całej awantury najobojętniej grali w karty, jakby nie słyszeli hałasu. Wpadam, wrzeszczę, że się tam zabijają na sali. „Mała szkoda, jak ich tam kilku nie stanie“ — odpowiada mi Rudi z najzimniejszą krwią. Radwan bank trzymał i rzucił mi piorunujące spojrzenie, które mnie za drzwi wygnało. Wyobraźcie sobie, ani zapytał o swój los!
— Naturalnie, ty za nim głosujesz? — spytał Franz.
Nie miał on głowy, sensu i rozumu, ale jak każdy głupiec, w chwilach stanowczych był ostrożny i chytry.
Przejmował się myślami i zasadami innych, jak gąbka, zawsze pamiętny, by sam nie został. Większość mogła być pewną, że go będzie miała za sprzymierzeńca krzykliwego a tchórza.
— Każdy, kto się turnerem zowie i dobrze życzy naszej deputacji, stanie po jego stronie! — wygłosił