Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Wścieknie się Rafałek, gdy go nie wybiorą! Ale to będzie słuszna kara za pomiatanie kolegami. Ma on was wszystkich za głupców i niedołęgów.
— To się jeszcze pokaże! — mruknął żółciowy student.
— Kiedy wczoraj moje imię padło, byłem wam niezmiernie wdzięczny za wyróżnienie, chociaż obcego narodowością i nauką; ale też bez żalu i urazy ustąpię, bo wielu jest godniejszych. Addio tymczasem, bo moja droga w lewo.
— Ale przyjdziesz „Pod Faraona?“
— Przyjdę, chociażby dla poznania miejskiej bajki, Berta. Do widzenia!
I chłopiec pobiegł dalej, nucąc swym pełnym głosem:

Gott schuf die Rosen zum Brechen,
Zum Küssen den schönen Mund.

— Setny chłopiec! — zawołał żółciowy student.
— Wesół, jak pliszka, niecnota! — dodał Franz.
— Tak, ale żaden turner! — zakończył uparty Egon.
Umilkli, bo wchodzili już na próg swej piwiarni, noszącej za szyld jaskrawego gnębiciela ludu izraelskiego.
Czy ten mumijny monarcha wynalazł piwo, czy je pijał chętnie, lub czy uwolnił od podatku, tego nie wiedział „ojciec Fratz“, właściciel knajpy; ale to wiedział, że pod jego patronatem działo się dobrze i że zakład jego o wszelkiej porze dnia i nocy pełen był, jak jajko. Co się tam działo w tej wielkiej, sklepionej sali w suterynach! Setki „szalonych“ burszów starszych i młodszych, gęsty opar z oddechów, jeszcze gęstszy dym z fajek poznaczony, jak mglistemi gwiazdami, płomykami gazu u ścian, piwo wszędzie: po