Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odpowie: „człowiek“. Zresztą, sprawa ta osobiście mało mnie obchodzi. Doszedłem już do tego końca i teraz pytam: Co to jest człowiek?
— Hm... I w tem się z panem nie zgadzam. Mnie już katechizm nauczył, co to jest człowiek; ale żaden rozum nie wytłumaczy waszych teraźniejszych teoryj. Jak mnie spytają: Kto ja taki? — powiem naprzód: katolik, potem szlachcic, a nareszcie Rahoza. Czemu mam to wszystko zamilczeć? To są dobre świadectwa, porządna rekomendacja! Niech się nazywa prosto człowiekiem, kto w Boga nie wierzy, z Turkami nie wojował i nie wie, kto go rodzi.
— To też ja w Boga nie wierzę, o Turkach nic nie wiem, a kto mnie zrodził, to mi obojętne.
— Tam do djaska! I to pan syn panny Rafaeli! Boże wielki! Słyszaneż rzeczy! Oto ją Bóg pokarał, że wzgardziła złotem dla szychu! Ładnie pana ojciec-niedowiarek nauczył! Bodaj go ziemia była pożarła!
— Niech pan raczy mego ojca nie zaczepiać... Nie wam go rozumieć i sądzić! — podnosząc głos, rzekł Rafał.
— Już go Pan Bóg osądził i pewnie za zmarnowaną żonę i skrzywdzoną duszę dziecka w piekle na dnie siedzi. Kolegowaliśmy kiedyś i nieraz go pobiłem, pamiętam! Ha! zemścił się on potem... Oby pan się nigdy tak nikczemnie nie mścił, bo to mu nie tryumf był, lecz hańba, a mnie, ot... koniec młodości i wielu ideałów... Nie dało mu to pewnie szczęścia, co mnie odebrał!
— Stój! — rzekł Rafał, dotykając ramienia furmana.
Wysiadł i bardzo blady, błyskając oczyma, rzekł głucho z bezgraniczną zawziętością: