Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tem lepiej; może prędzej zginie! — mruknął Rafał.
— Tak też będzie. Uważa pan, co się robi! Kiedyś liczono młodość do lat czterdziestu, potem do trzydziestu, do dwudziestu, teraz w lat dziesięć trzeba dzieci traktować już jak obywateli, bo więcej od nas przeżyli niby, no i przyjdzie czas, że rodzić się będą ludzie siwi i z patentem doktorskim w kieszeni, czy też w zębach!
— To też świat reform żąda, woła, wymaga gwałtem. Tylko, że ich mieć nigdy nie będzie, bo nie człowiek stanowi na ziemi prawa etyczne, ale tłuszcza ślepa, kierowana przez teorje zbutwiałe, zachowane, jak mumje, wbrew i pomimo postępu wiedzy i wolnego rozumu. Ognie stare wpierw zgasić zupełnie trzeba, by nowe zapalić...
Rahoza brwi swe krzaczaste zmarszczył w głębokim namyśle i rozbierał powoli rzucony program. Człowiek to był, co kwestje świata traktował ze stanowiska skłopotanego wybrykami synowskiemi ojca i bogatego właściciela, nawykłego za młodu do biernego posłuszeństwa, nieograniczonej władzy pana i nimbu nad głową. Malkontentem był, bo syn nie dbał o niego; podwładni o tyle słuchali, o ile im się to podobało; nimb istniał, o ile pełną była szkatuła; dwór zniwelował się z chatą i dworkiem zaściankowca, a sam pan był de facto sługą całego świata i takim samym pionem małoznaczącym W życiu ludzkości, jak ostatni z jego fornali.
— Hm, hm! — zamruczał markotnie. — Czy pan, broń Boże, nie nihilista, albo socjalista? To bo paskudna kategorja!
— Dopóki ludzkość będzie miała choćby dwie różne nazwy, nie postąpi kroku. Wtenczas dojrzeje do reform, gdy na zapytanie: „ktoś ty?“ każdy, jak jeden mąż,