Strona:Maria Rodziewiczówna - Jaskółczym szlakiem.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zasadę: jesteś bydlę, używaj — lub: jesteś bydlę, pracuj, żeby zebrać miljony! Ja lubię tylko Włochy i południowe Niemcy.
— Alboż człowiek nie bydlę, choć do tego przyznać się nie lubi! — zaśmiał się Kostuś. — Włochy i Niemcy znam tylko z okna wagonu.
Spojrzał ku drzwiom i powstał, bo do pokoju weszły dwie panny.
Starsza miała postać i ruchy królowej, młodsza naśladowała strojem i ułożeniem pastereczkę z Arkadji. Obie były przystojne, delikatne, bardzo elegancko ubrane.
Znowu chwilę trwało zamieszanie powitań i już wszyscy w komplecie obsiedli salon, którego punktem głównym był fotel z panią domu, a zakończeniem grupa trzech młodych ludzi u okna.
Pan Józef motylkował od grupy do grupy.
— Grywasz w karty? — zagadnął Kostusia.
— Nie mam o nich pojęcia.
— Nauczymy cię! Bo i cóżbyś tu robił? My wieczory spędzamy przy zielonym stole. Czemże się u was zabawiają?
Nie dosłuchał odpowiedzi. Przez salon przechodziła właśnie osoba w popielatej sukni, niepozorna, pobrzękując kluczykami. Pan Józef poszedł za nią śpiesznie do jadalni, skąd rozległ się brzęk porcelany i szkła, zwiastujący przygotowania do herbaty.
— Kto to jest ta dama? — zagadnął Kostuś Wiktora.
— To panna, zajmująca się apteczką; szpetny grat! Już to ojciec nie ma gustu.
— A ta druga, co haftuje?
— To lektorka mojej matki; straszydło!
Kostuś spojrzał na dwie swoje kuzynki i mocno się zamyślił, czem też one się zajmują?
— A ty pracujesz z ojcem? — zagadnął.
— Nie — ruszył ramionami Wiktor. — System ojca nie podoba mi się, zresztą za stary jestem, żeby kogoś słuchać. Nie cierpię być pod kuratelą i pracować jak sługa. Na oficjalistę nie jestem urodzony.