Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

W domu zastałam już nowiny. Przybyli nowi lokatorzy, zbiegli z — Warszawy — jedni już z kuferkami — inni by sobie miejsce zapewnić — dom mój cichy i pusty zaczął się zaludniać. Przyszły ostatnie słowa pisane od bliskich swoich — i ostatnia gazeta. Miałam wrażenie — że już do mnie nie dochodzi bicie serca kraju — żem na wygnaniu — na obczyźnie.
Jeszcze nieporządnie, co dni parę, dochodził „Dziennik Kijowski“ tylko. Było to dogorywanie poczty, jak dogorywał ruch osobowy kolei żelaznej. Każdy człowiek, nienależący do monarchini świata, Armji, przestawał być uważanym za człowieka. Był poza prawem — pastwą wojny.
Jednakże trzeba było pracować. Po paru dniach ruszyłam znowu do powiatu — wioząc owe kotły i gotowa na dłuższe tam zajęcie. Trakt zawalony był jedną masą podwód i znękanych ludzi, dużo starych brzóz leżało zwalonych — na opał dla obozów — na polach już znać było spustoszenie wyrządzone przez tabory. Miasteczko zapchane wojskiem i szarym tłumem gnanego z Królestwa — chłopstwa. Zajechałam ze swemi bagażami na punkt oznaczony, poszłam do pana B.
Był w swem biurze, chmurny, ponury.