Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy wrócił, zastał już panią Annę szyjącą na maszynie, bo zaległa w robocie i spieszyła. Kazik spał — uratowany.
Uścisnął jej rękę i zaczął opowiadać:
— Przed rokiem byłem w Ufie i tam poznałem pana Szulakowskiego. Stracił żonę i sam był ciężko chory na dysenterję. Spowiadałem go i dysponowałem na śmierć. Wtedy mi opowiedział, że przed samym wybuchem bolszewizmu, pożyczył mu sąsiad obywatel Kazimierz Bouffał dwa tysiące rubli. Potem udało mu się spieniężyć co mógł w domu, ale już zwrócić długu nie zdołał i ledwie z życiem uratował się z żoną i dzieckiem. W tułaczce odrzucony od kraju, stracił dziecko i żonę, a teraz i sam odchodzi.
Prosił mnie tedy, żebym przechował i jeśli wrócę do kraju, doręczył Kazimierzowi Bouffał całą po nim spuściznę, zawartą w tem oto.
Tu ksiądz wydobył i podał pani Annie siwego, wytartego „misia“ z pluszu.
— Miałem z tem wielki kłopot narazie, bo skąd u księdza ma być zabawka, ale dziwnym trafem, przy setkach rewizji znalazły się zawsze na ratunek dzieci, które go brały w opiekę i tak