Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


spokojnie, a pani Anna spoczęła nareszcie, gdy do izby wszedł stary ksiądz w wytartej sutannie.
— Czy tu mieszka pani Anna Bouffał? — spytał.
— Tutaj, ale mamusia śpi, bo Kazik był chory! — odpowiedziała Maniusia.
— Tatuś twój miał na imię Kazimierz?
— Tak i dziadek był też Kazimierz.
— I mieliście majątek Dąbrowa?
— Tak, ale tam teraz bolszewicy.
— A pana Szulakowskiego znałaś?
— A jakże, za olszyną był jego dwór, Suchojeże.
Ksiądz odetchnął, otarł czoło z potu.
— Pół roku was szukam. Ogłoszenia do gazet dawałem.
— My tu gazet nie czytamy. Niema czasu.
— A jakże wam?
— Z mamusią nam dobrze.
— Nie budź-że matki. Przyjdę za parę godzin. Pójdę na plebanję. Nazywam się ksiądz Michał Norejko, ale matka mnie nie zna. Wracam z Ufy.
I poszedł.