Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zaczęła stołować i gdy ubiegły owe trzy miesiące, odniosła dług w całości.
Tak minęła zima. Wiosenne błota i szarugi, pleśnie i wilgocie ziemi tającej odbiły się na zdrowiu wszystkich nędzarzy. Nie było lokalu zajętego przez wygnańców, gdzieby ktoś nie leżał zreumatyzowany, kaszlący lub w gorączce. Co dzień zjawiał się ktoś u pani Anny z prośbą o pomoc, o dozór, o opatrunek. Dwoiła się i troiła kobieta w tej pracy i trosce o każdego i o wszystkich. Ale w domu miała już pomoc, bo Mackiewicz zarabiał u mieszczan, a żona jego, wyleczona z katarakty, prowadziła domowe gospodarstwo. Medalik bywał zastawiany na lekarstwa, na odzież, na pogrzeby i wracał zawsze jakoś niespodzianie a niezawodnie.
Aż oto pewnego dnia Kazik wrócił z roboty w gorączce i nazajutrz miał zapalenie płuc.
Zadygotała dusza pani Anny — nastały dni trwogi serdecznej, niepewność, czy nie zaniedbała dla innych swego przyrodzonego obowiązku. Zastawiła medalik na lekarza i leki, nie odstępowała chłopaka we dnie i nocy. Przeszło tak dni kilka i właśnie minął kryzys szczęśliwie i Kazik zasnął