Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Paralityk tego dnia pierwszy raz zaczął potrosze chodzić; płakał ze szczęśliwości i płakała z nim pani Anna, a wracała do domu taka radosna i promienna, że spotkany znajomy zatrzymał ją, pytając, co za pomyślność z sobą niesie.
— Wyobrazi sobie pan, Mackiewicz zaczyna chodzić!
— Myślałem, że odzyskała pani dług od Szulakowskiego? — mruknął zbiedzony, zgorzkniały kolega wygnaniec, i minął ją, myśląc w duszy: „warjatka“.
Ale gdy szła w parę dni potem do złotnika, smutna była i zgnębiona.
— Zebrałam tylko połowę! — rzekła, czerwieniąc się z upokorzenia.
— Jakto? Przecie to nie termin. Pożyczyłem pani na trzy miesiące! — mruknął.
Wydobył z szuflady medalik i pokazał jej datę na papierku, w który był zawinięty. A potem pogroził jej palcem.
— Trzeba terminy pamiętać! — dodał jeszcze naukę.
Wróciła pani Anna do domu z pieniędzmi i zaczęła niemi obracać. Piekła obwarzanki i pierniki,