Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A mnie do ciebie tak nudno, sokole! — szepnęła.
Pogładził ją po głowie i ramieniem objął.
Płakała, sama nie wiedząc czego, bo jej wcale ni źle, ni smutno nie było. I tak się pogodzili.
Odtąd codzieć wybiegała na rozstaje do niego. Nie dał się namówić do karczmy, ani do znajomych, ani do sąsiadów, ani do żadnej zabawy. Skryty był i lękliwy, a taki jak dziewczyna wstydliwy. Ni się pochwalił z jej kochania, ni skorzystał, ni się na włos uzuchwalił, ni jej kiedy rzekł złe słowo.
Dziwiła mu się bardzo i czasem aż się gniewała, ale szła co wieczór pod krzyż i tęskniła po nim dzień cały.
Aż około pół lata wszystko się skończyło.
Zjechał do karczmy żyd ludzi na flisy godzić, płacił bardzo drogo. Romanowej matce donieśli o tem ludzie, wpadła jak furja do chaty Stefana zabrać syna.
Chłopak właśnie z sochą wrócił i woły wyprzęgał, gdy się gwałt w izbie uczynił.
Gospodarz wymyślał wdowie od „szachrajów“, ona krzyczała, że dosyć jej parobek darmo mu