Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


napracował, i zbierała jego szmaty z ławy w sieniach, gdzie sypiał.
Roman na to wszedł i zrozumiawszy, o co rzecz idzie, stanął po stronie gospodarza, tłumacząc matce, że gdy go przekarmiono na przednówku, to słuszna, by lato odsłużył, że inaczej krzywda będzie dla Stefana.
Na to wdowa wpadła w pasję, wyrwała mu z rąk kij, którym woły popędzał i zaczęła go nim okładać.
— To ty mnie uczyć będziesz i sądzić, błażnie? Ty chcesz być od matki starszym? To ty mi bunt czynisz! A do chaty, smarkaczu, a do chaty! Ja ci pokażę, kto starszy!
Wygnała go aż na ulicę, porwała szmaty i obojętna na łajanie całej rodziny Stefana, wyszła z kijem na ramieniu, odgrażając się w duchu, że go na plecach Romana pobije w kawałki.
Cbatyna ich stała na wygonie, więc nikt nie widział, czy dotrzymała słowa, ale już nazajutrz o świcie Roman poszedł z kompanją flisaków pieszo mil kilkanaście do punktu, gdzie ich tratwy czekały.
Ludzie we wsi zboża pożęli, trawy pokosili i na rok przyszły pola obsieli, a flisaki nie wracali.