Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


patrzył, a smutne jego oczy nie schodziły z niej, gdy hasała piękna, bogata, wyróżniana przez chłopców.
Kręcił się najbardziej przy niej Teodor, bratanek jego, ten, z którym się o ziemię sądzili, a Ulisia chichotała z nim. Chciała Romanowi pokazać, czem była, i jaką dziewkę stracił przez swoją głupotę, ale jego żałosne oczy nie schodziły z niej i taka ją ogarnęła wreszcie rzewność, taki żal, że choć taniec trwał dalej, znikła z karczmy, skryła się do matczynej komory i tam w kącie przepłakała całą nockę, narzekając na swą dolę.
Nazajutrz wieczorem pobiegła pod krzyż na rozstaju. Człowiek tam siedział skulony, więc ona udała, że dalej idzie, tylko przystanęła chwilkę.
— Roman, kogo ty wyczekujesz? — spytała szyderczo.
— Nikogo. Tak sobie zaszedł... odpocząć! — odparł łagodnie i smutno.
Rzewność chwyciła za serce dziewczynę.
— Nie złujesz na mnie? — spytała nieśmiało, siadając obok niego.
— Nie. Toż ty nie moja, ani moja będziesz!