Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie godzi się! — odparł przejęty i wierny ślepo tradycji. — Do jesieni niech czeka.
Dziewczyna wytrąciła mu z rąk robotę.
— Jutro już nie przyjdę! — westchnęła.
— A kto? — zapytał niespokojnie.
— Ojciec sam. Mnie do lnu gonią.
— Tak i ja myślał, że niedługo naszego! — zamruczał ponuro.
— Co wieczora na rozstaje do ciebie wybiegnę!
— Nie wybiegaj, jeszcze cię ludzie dopatrzą i po wsi rozplotą.
— To i co? Jakiś ty głupi. Żebyś ty rozumny był, toby wszystko inaczej poszło.
— Nie chcę innym być, ani ciebie zmarnować.
Rozgniewało ją to i obraziło.
— Takie to twoje lubienie głupie. Nie wybiegnę do rozstaju, boś nie wart.
Spędziła swoje woły i odeszła sama. Na złość mu śpiewała całą drogę skoczne, weselne śpiewki. Cały tydzień nie poszła nawet w jego stronę, po robocie wieczorami swawoliła i tańczyła w karczmie.
Najbardziej dokazywała tej niedzieli, gdy go ujrzała wśród parobków. Nie tańczył, ani pił, nawet do izby nie wszedł. Przez okno do wnętrza