Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i urodą i do roboty idzie jak do tańca, i nawet w niedzielę ojca wyręcza, skoro świt woły wypędza, po zmroku wraca.
A że wracała ostatnia, nikt ich nie podpatrzył u krzyża na rozstaju, jak się żegnali, a w gęstym brzeźniaku tylko ptaszki podglądały ich pocałunki.
Roman się odmienił. Ruszał się raźniej, szedł prosto i żywo, czasami po ustach milczących uśmiech mu się przemykał, a w ciemnych oczach błyskało tajemniczo.
Co soboty dopominał się u matki świeżej bielizny i swarzył się o czerwoną tasiemkę do koszuli, co dotąd było nieznanym zbytkiem.
Pewnego wieczora znalazła go Ulisia nad robotą. Spory olszniak ściął na dwoje, rozłupał i wyżłobiwszy napowrót złożył i obręczami ścisnął.
— Będzie surma! — rzekł jej. — Jak hreczkę zbiorą i swaty do ciebie chodzić zaczną, to wtedy na niej zagram.
— Nieprawda, swatów wygonię! Jeszcze rok wolna pobędę, jeszcze lato woły popaszę z tobą. Zagraj mi zaraz, spróbuj surmy.