Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Siadywała na zwalonej brzezinie i słuchała jego ligawki. Nie kwapiła się do domu; on pierwszy dawał hasło do powrotu.
Aż raz wieczorem, naprzeciw cmentarza, coś ją wystraszyło okrutnie. Krzyknęła i rzuciła się ku niemu, przypadła mu do piersi, objęła za szyję. Trzęsła się z lęku, czy też ją inna moc tak targała.
Spłoszył ich skrzyp wozu, odskoczyli i już słowa nie rzekli aż do rozstaju.
Tego dnia on pierwszy pożegnanie wymówił:
— Do zobaczenia, Ulisiu!
— Dobrej ci nocy, sokole!
Woły ich tak się poznały, że porykiwały zdała do siebie. Co za dziw, że poznali się i polubili ludzie!...
Zaczęła mu przynosić ukradkiem jaki przysmak, podarowała mu szalik czerwony, połatała mu siermięgę.
On jej nic dać nie mógł, bo nie miał, więc jej grywał tylko i wyszukiwał dla jej wołów najlepszej paszy. Chwalił ojciec Ulisię, że się nie leniła pasać, że i nie dospała nocy, i straciła czasem wieczerzę, byle tylko były syte. Radowała się matka, że dziewczyna kraśnieje zdrowiem