Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dobrze ci u Stefana? — zagadnęła go Ulisia po drodze.
— Nie bije! — odparł apatycznie.
— Powiadają, że swą Seklitę chce ci dać!
Podniósł oczy.
— Naco?
— Głupiś!... na żonę... jak sprawę wygracie.
I śmiała się z jego miny jakby zawstydzonej, gdy o tem posłyszał. Tak się śmiała, że nawet nie obejrzała się na cmentarz, który mijali w tej chwili.
Wnet się i drogi ich rozdzielały.
„Dobra noc“ — rzekli sobie obojętnie.
Ale nazajutrz znowu się spotkali przy wołach i razem poszli w łozy szukać czajczych jaj na wieczerzę. Mówili już więcej i śmielej. Dziewczyna go zaczepiała na żart, na ciekawość, czy ten mruk się obejrzy.
Nie odpowiedział na zaczepki, ale poczerwieniał i umilkł, jakby zalękły. Wydrwiła go w oczy, ale wróciwszy do chaty, nikomu o Romanie nic nie rzekła i znowu wieczorem pognała woły na polankę.
Potem dzień po dniu przywykli do siebie. Nie zaczepiała go więcej, stała się cichsza i zadumana.