Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


U gromady uprosiła plac na wygonie za wsią i postawiła sobie chatynę malutką. Potem już tylko zarabiała dziennie rok cały; zarabiał i chłopak, ale grosza nigdy nie miał w ręku, bo matka dalej skąpiła na proces z bogatym szwagrem.
Osiem lat tak trwało — i sprawiedliwość tak zwlekała, jakby ci, którzy jej wyglądali, byli nieśmiertelni. Gdyby kobieta obliczyła pieniądze, które ją to kosztowało, przeraziłaby się, z łez jej i stękań tyloletnich strumień by się złożył — jednakże nie myślała ustąpić. Romana oddała w służbę do gospodarza, by się roboty wszelakiej nauczył, sama dzień w dzień szła na zarobki, zawsze głodna, bosa, obdarta, a w niedzielę odwiedzała doradców i adwokatów, bez żalu oddając im tygodniowy grosz na sprawę.
Drwiono z niej we wsi. W skutek ciągłej poniewierki i nieszczęść i zawodów zgryźliwą się stała nawet dla jedynaka, gdy ją odwiedzał w sobotnie wieczory. Chłopak zaznał więcej razów niż pieszczot i nie pamiętał, by kto do niego przychylnie zagadał, nie wiedział co odpoczynek i śmiech i swawola. Tak rósł i tak dojrzał...