Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lęk trapić, że lada dzień tamten się zjawi i sławę mu zabierze. A on chciał pierwszym być i jednym! Myślał i trapił się, aż wreszcie zagabnął pacholę:
— Jako ci się zda? Sprzeda mi ten starzec te swoje skrzypce? Nie inaczej, zaczarowane być muszą. Pójdź do niego i kup mi je, choć za górę złota.
— Tak nie uczynię, bo zaś się wam skrzypce nie spodobają, albo ja zaklęcia nie spamiętam, to i wiarę u was stracę. Pójdźmy razem. Zawiodę was do starca, posłuchacie grania, przełożycie sami mu swą sprawę i, jako zechce, uczyni.
Pomyślał mistrz, rozważył, ciekawość go przemogła.
— Pójdźmy! — rzecze.
I poszli. Pacholę przodem, niosąc drogocenne skrzypce w purpurowej obsłonie, mistrz za nim, trochę się wstydząc wędrówki.
Zaszli za siódmą rzekę — wstąpili na siódmą górę i zeszli w dolinę samotną, cichą, utajoną, jako gniazdo ptaszę. Strumyczek się dołem sączył, wkoło głazy i głogi, po szczelinach górskie kwiecie i przyparta do ściany kamiennej chatyna pustelnicza.