Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ej, dziwuję się ja, ale temu, że takie drogocenności nie tak pięknie grają, jako tamte.
— Jakie tam te?
— Sługiwałem u starca, co miał skrzypce nawet nie malowane, a tenci lepiej od was grywał.
— Co za starzec?
— Pustelnik jeden, stąd daleko. To ci było granie...!
I patrzy pacholę oczami pełnemi łez w niebo, a usta mu się śmieją radością.
Zaciężył na sercu muzykantowi taki sąd i cierń mu utkwił w duszy.
Co zagra, to szuka oczami w tłumie pacholęcia swego i wypatruje, czy się zachwyca, i znowu go pyta po małym czasie:
— Cóż, nie piękniem dzisiaj grał? Królowie mi hołdowali i płakali rycerze, niewiasty cześć mi niosły, a tłumy się do powozu mego zaprzęgały. Możeż być większy honor i sława?
Ale pacholę, co zawsze prawdę mówi, odrzecze:
— U mego pierwszego pana widziałem większe hołdy i honory. Lepsze jego skrzypce.
Oburzył się mistrz na głupstwo wyrostka, ale ciernia z duszy nie mógł wyrzucić, i począł go