Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Takci tam było. Pustelnik na głazie siedział, odmawiając różaniec i patrząc ku szczytom purpurowym, bo słońce zachodziło właśnie.
Spostrzegł wędrowców i poznał pacholę, bo się do niego dobrotliwie uśmiechnął. Miał srebrne włosy wieńcem wkoło głowy, i srebrną brodę, ale oczy śmiejące, i rumieńce na twarzy, i w ustach żywość młodzieńczą. Czuć było, że rad żyje, i rad będzie umierał.
Żartobliwie, węzłem swego sznura pogroził chłopcu.
— Ty, urwisie! Zemknąłeś ode mnie. Chleb się sprzykrzył, łakotek się chciało. Przejrzyjno się w źródełku, jak cię łakotki wyblichowały! Jak jabłko rumiany byłeś u mnie.
— Terazem wrócił, ojcze, na chleb wasz i na granie! — uśmiechnął się chłopak. — A ze mną oto mój drugi pan, do któregom przystał, gdym od was odszedł. Jest ci to wielki mistrz, co królom gra. I on chce waszego grania posłuchać, i wasze skrzypce poznać.
— Ty, żółtodziobie świergotliwy! A któż cię prosił, żebyś o mojem graniu opowiadał? Nie wierzcie mu, panie! Nie uczonym muzyki, ani