Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Tak — i mnie brakuje chorych, ale choroby nie ustały, tobie braknie skarżących — ale nie skarg.
— Nie rozumiem ciebie?
— Moi chorzy idą do źródeł cudownych — zbierają jakieś zioła, każą się oszustom magnetyzować i okadzać — a twoi skarżący i cierpiący — idą tam w góry!
— Poco?
— Do tych trojga — coś tam wygnał.
— Jakto? Ta nędza jeszcze nie zginęła?
— Spójrz tam — na tę ścieżkę. Zali zamrą głodem tacy, którzy mają tylu wyznawców!
Mocarz oczy dłonią okrył od słońca, które z za gór tych biło, i ujrzał na ścieżce wielką moc ludzi, drapiących się mozolnie ku szczytom. I umilkł, jakby tknięty razem bolącym i oczy zupełnie zasłonił.
A potem się porwał, wielkim gniewem zdjęty.
— Na śmierć je dać — morderce ludu mojego!
Zawołał straże i posłał je w góry z wyrokiem.
Czekał godziny, czekał i dnie — straże nie przynosiły mu głów straconych, jak był rozkazał.