Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bracie, tyś przecie zabił człowieka, a pogodne masz lice. Zali cię ten zabity nie dręczy?
— Już nie!
— Gdzieżeś poratowanie znalazł?
— Gdzie? Pamiętasz owego wieczora, cośmy pod ciemnicy oknem byli? — szeptał tamten.
I zamilkli, a ten przymknął nieco furtkę ogrodu i pokazał mu grządeczkę, na której białe lilje rosły, a potem ręką ku górom wskazał i odetchnął jako człowiek, co odpoczywa!
A owego zgnębionego już więcej nie ujrzał władca przed swym majestatem.
W państwie coraz lepiej się działo, tak myślał monarcha, bo coraz mniej nachodzili go poddani o ratunek i radę. Wykształcił ich, przejęli się jego nauką — był bardzo dumny — i spoglądając zgóry na swój kraj kwitnący, czuł się bóstwu równy.
I rzekł raz do najwyższego sługi swego, bardzo uczonego doktora:
— Jeśli ty równie mało masz chorych — jak ja skarżących, zaiste uczyniliśmy szczęście ludzkości.
Ale uczony doktór głową potrząsnął i odparł posępnie: