Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Rajcy jego siedzieli wokoło posępni, jakby znudzeni i senni, w pałacu jakby pustką wiało.
— Idźcie — zawołajcie lud mój do mnie! — rozkazał.
Poszli, nie kwapiąc się od domu do domu, kołacząc we drzwi, wzywając na mowę do pana.
Ludzie słuchali jednem uchem wezwania i odpowiadali lekceważąco:
— Niech zaczeka — stary — mam robotę. Żadnej nie mam sprawy z nim! Może sąsiad pójdzie. Syna wyprawię.
— Niech no ojciec wróci — to może on pójdzie!
Ale się żaden nie kwapił.
Zamiast poddanych zebrali się urzędnicy, i ci zapełnili stopnie majestatu, ale nie czekali mowy, a poczęli skargi i raporty.
Dzieci umykały często ze szkoły, poborcy natrafiali na opór i drwiny, straż przejmowała kłamliwe pisma, młodzież wygwizdywała profesorów, kobiety głośno dopominały się domów modlitwy, starcy zamiast pomocy władzy, ułatwiali swoim rodzinom pielgrzymki w góry.