Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Błogosławiony bądź — za chwilę tę — grajku Skowronku.
I tak wrócili na szczyty swego wygnania.
A do monarchy szli wciąż poddani po radę, a on na wszystko miał odpowiedź.
Ale raz przyszła niewiasta, bólem złamana i chwiejąca, i przypadła do majestatu z jękiem.
— Panie, radę mi daj, uspokojenie mi daj. Synam jednego miała, umiłowanego nadewszystko i oto umarł. Jak mi teraz żyć, jak mi teraz żyć! Niema go, i nigdy oczy moje go nie zobaczą. Ratuj mnie przed szaleństwem bólu, panie!
A mocarz milczał — bo nie miał odpowiedzi.
Niewiasta głowę krwawiła o stopnie tronu jego, lecz ją straże stamtąd wzięły i wyniosły.
I leżała u bramy władcy, oniemiała, umierająca z rozpaczy, niewiedząca drogi, kędy iść, nie mająca siły do jęku już nawet.
Aż ją podniosła kobieta przechodząca, i poczęła szeptać:
— Pójdź za mną. Jest taki, co ci syna wróci. Zaprowadzę cię — tylko sza, by nas straże nie słyszały, bo nie puszczą!