Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

wiolin i bas, wytrzeszczył przerażone oczy, a starzec coś mruczał, i wcale nie chciał odpowiedzieć, ile rodzeństwa miał Chrystus.
Zdali z tego sprawę poborcy monarsze, a ten kazał ich wygnać z grodu — het — znowu w góry.
Ale gdy wyszli i skierowali się ku bramom nie gnała ich tłuszcza. Ten i ów spojrzał pogardliwie, ale po kamień nie sięgnął, wielu nawet oczu nie podniosło, a reszta spoglądała ciekawie, kędy też się udadzą. Spotkali gromadkę dzieci, i te za nimi kęs pobiegły, ale nie przedrzeźniały, ani się śmiały. Tylko dały babce kukiełki i naprzykrzały się o przegwarkę jakąś, a potem się rozpierzchły na widok pedagoga.
Jakiś człek siwowłosy skinął głową starcowi i pić im dał na swoim progu, a gdy wyszli za bramę, spotkali dwoje ludzi młodych — jak szli ku gajom kwitnącym, ramionami spleceni, głowami o siebie wsparci, z rozkoszą w oczach.
Młodzieniec, spostrzegłszy grajka, za szyję go objął i ucałował, a dziewczyna rzuciła mu pod stopy więź bzów kwitnących, wonnych i zawołała: