Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

I tej kobiety nie ujrzał już więcej monarcha przed obliczem swojem — ani jej jęku nie usłyszał.
A w jakiś czas potem przyszedł do niego starzec, jakby gorączką strawiony, o wzroku pełnym grozy — i rzekł przerażonym szeptem:
— Panie! w młodości mojej zgorszyłem człowieka. Do występku go dowiodłem, potem do rozpaczy — potem do śmierci. I oto truciznę mam w sobie, ognie, męki. Widzę go i słyszę bezustannie. Ratuj mnie!
— Chory jesteś. Kto umarł, ten nie wstanie. Lecz się!
— Niema choroby we mnie. Wierzę, w co mówisz. Nie boję się jego zemsty, ale zdejm ze mnie ten lęk bezustanny.
— Nie mogę pomóc obłąkanym.
— Ja nie obłąkany, panie, jam nieszczęśliwy w duszy!
Ale monarcha umilkł i z pogardą od niego się odwrócił. A człowiek odszedł zgnębiony i błądził po ulicach, nie mogąc w domu wytrzymać.
I zaszedł przed dom znajomego, i zastał go jako z wiadrem wody szedł do ogrodu.
Pozdrowili się i ten zgnębiony rzecze: