Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wsadzono ich troje na sam spód wieży, jako najgorszych głupców, i okienko od ich lochu ledwie nad ziemią się wytykało — i jako bywa z nędzarzami nawet o nich zapomniano.
Pod tem okienkiem snuło się dużo ludzi. Wracali tamtędy ci co do władcy chodzili na posłuchanie, szli tamtędy młodzi do pracy, i dzieci ze szkoły.
Zdarzyło się raz, że dzieciaki posłyszały łoskot kołowrotka; jako myszki ciekawe nuż zaglądać przez kratę. A baba jak ich ujrzała, że to przepadała za dziećmi, dała im garść orzechów, i zaczęła im coś prawić po swojemu. A dzieci przykucnęły i słuchają. Ledwie ich stamtąd pedagog przegnał. Ale stało się, że już wiedziały, kto to taki siedzi za kratą, a że nie dosłuchały baby do końca, więc ich paliło wykraść się i dosłuchać.
I znowu się zdarzyło, że szedł tamtędy chłopak smutny, bo jego dziewczynę władca komu innemu przeznaczył, i nie było dla nich jednej drogi w owym kraju. Chłopak prawa słuchał, ale pod żebrami go bolało i paliło, jako w ciężkiej niemocy.
Szedł i dumał, i oto stanął. Z ciemnicy jego ból śpiewał, jego myśli słowa brały, błagające,