Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Odwrócili się od niej z pogardą i napadli na chłopca.
— A ty, muzykusie — wiesz co to jest kontrapunkt?
— Nie słyszałem takiej pieśni!
— Pójdziesz i ty do ciemnicy. A ty stary umiesz pisać?
— Umiem.
— Naści kartę — napisz co wiesz o mądrości.
Wziął starzec pióro i napisał bez namysłu:
„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebieskie.“
Tedy cisnęli mu kartę w oczy, jako bluźnierstwo i obrazę ich władcy, i pognali ich do ciemnicy.
Ale, jako z oburzenia byli zapamiętali, nie dopatrzyli, że baba pod połą schowała kołowrotek i sporą kądziel lnu, chłopak uniósł w zanadrzu skrzypki, a starzec — pęk białych lilij, które u źródełka rosły.
Ciemnica była w ogrodzie monarchy, na placu kędy wszyscy chodzili, by każdy mógł z przestępcy szydzić, albo kto chciał, by go oświecał i uczył.