Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

a gorące! Słuchał i słuchał, i uczył się owego gadania, i jakby pozdrowiał — odszedł pełen mocy.
I znowu się zdarzyło, że szło u okienka dwóch starców, ku ziemi już patrzących.
Zastanowiło ich coś.
— Jak tu coś pachnie! — rzekł jeden.
A drugi szepnął nieśmiało:
— Liije białe — z tamtych stron.
I pomyśleli jedno, ale się jeden drugiego wstydził, — i minęli okienko — umilkłszy.
Ale gdy nocka zapadła, pokryjomu, jako złodziej, przyszedł jeden do okienka, i rzekł twarz kryjąc;
— Starcze. Daj mi swój kwiat. Straszno przede mną!
Starzec podał mu lilję i odparł:
— Niech ci straszno nie będzie. Do jasności wrócisz. Idź w pokoju!
I odszedł, ów kwiat schowawszy w zanadrze!
Aż przecie przypomnieli sobie poborcy o wygnańcach. Przyśli je egzaminować, ale znaleźli jeszcze głupsze. Baba zapytana, ile czyni dwa razy dziesięć — spytała nawzajem, czy byli na szklannej górze — chłopak na pytanie, co jest