Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mocarz się oburzył, a tłum wył, szydził, przedrzeźniał go. Zanim rozkaz wydano, już się sypnęły kamienie i urągowiska.
— Naści za kolendy! Naści za żale tutaj! Naści za tęsknotę po złem! Naści za twoje bohatery!
Chłopak się rękami osłaniał, ale lęku nie okazywał. Owszem żywa krew w nim zawrzała i zawołał:
— Tedy bijcie i zabijcie. A ja was przeklinam, żebyście sami po mnie kiedy płakali — jak zaniemieję!
I byliby go zakamienowali, — ale wtem tłum się rozdwoił, i poczęły niewiasty hamować mężów, wydzierać im kamienie, wołać do władcy:
— Puśćcie go z życiem, panie. Zali takie marne pacholę wrogiem i niebezpieczeństwem nam może być! Niech idzie precz od nas — ale krwi jego młodej żal — niech nie płynie!
— Idź precz i niech cię nasze oczy nie widzą, a jeżeli się ośmielisz do nas zbliżyć — śmierć cię czeka.
Pacholę popatrzało na skrzypki swe rozbite, zepsute, westchnęło po nich i skinęło na babkę, by