Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

szła. Ale ona jeszcze czekała, poglądając na starca, ku któremu teraz zwrócił się monarcha.
— Ty ktoś jest! Na książce tej czy jest moja pieczęć?
— Jam jest sługa Boży.
— Niema Boga.
— Ta książka jest Jego słowo.
— Spalić ją, obałamucała nas wieki! Wydarto książkę starcowi, rzucono ją w ogień.
— Więc przyszedłeś tu znowu ludzi oszukiwać i mamić?
— Powiedziano mi, że czcisz prawdę, szedłem śmiało do ciebie. Poddani twoi śmiertelni są. Będą mnie potrzebować, jedni wcześniej, drudzy później! Przyszedłem im służyć!
— Pewny jesteś bardzo!
— Bom był twoim poddanym kiedyś — i wiem jak gorzko bywa im niekiedy!
— Klecha jesteś! Urągasz mi! Wierzysz, że ktoś z pod mojej władzy może do Ciebie się zwrócić! Żebym cię kazał spalić z twoją książką razem — powiedzieliby tam — w tym przeklętym starym świecie, że się jeszcze ciebie boję! Ale ja drwię z ciebie i tyle dbam co o proch pod stopami