Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A ty kto? Pocoś to drewno przyniósł? Szukasz posady w orkiestrze?
— Ja panie grajek jestem i śpiewać też umiem.
— Cóż umiesz grać?
— Umiem wszystko, panie. Wiosnę gram i lato, i jako dziewczyna po lubym płacze, i jako drzewa szumią, i jako w obcej stronie kozak ginie samotny.
— A gdzieś ty widział, by to prawda była?
— Ja nie wiem panie, czy to prawda, ale ludzie mi byli radzi w tamtym kraju!
— A umiesz śpiewać opery? Tenor jesteś czy baryton?
— Umiem śpiewać kolendy, panie. A zowią mnie skowronek.
— Oszuście! więc śmiesz mi wnosić brednie i fałsze. Jakżeś śmiał granicę moją przestąpić!
— Albo ja wiem panie, co wasza granica. Szli ludzie mówiąc, że idą do światła, ja z nimi, że idą do swobody, — ja z nimi, do równości — ja z nimi. Myślałem, że będą przecie smutni, którzy mnie zawołają, i weseli, co mnie ugoszczą — i bohaterowie, którym pieśni trzeba ułożyć, i kochania, którym trzeba zawtórować, i tęsknota za starym światem, której trzeba ulżyć! I takem przyszedł z babką!