Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale nim ten usta otworzył, uprzedziła go kobieta, najśmielsza, najrozmowniejsza.
Nie wiadomo w co ufała, bo nie była zalękła ni wrzaskiem tłumu, ni kamieniami. Patrzała dość zuchwale na prześladowców, a na władcę nawet dość lekceważąco.
— Ja jestem sobie baba, — mam sto lat — może więcej, nie pamiętam, ale starszej u was niema, na to przysięgnę — i was wszystkich jeszcze przeżyję — oho — i dzieci wasze też. Mnie zowią Bajką.
— Gadka, Bajda — różnie — jak pod humor ludziskom. Umiem też prząść i porządku na wieczornicach pilnować, — wołają mnie do chorych — dzieciska mi zostawiają bawić — ot, wiadomo jak co komu potrzeba. Tenci chłopak, mój wnuczek, jest — popsuli mu skrzypce — dobrze mu tak — on ci mnie tu do was namówił, do takich ludojadów, zbójników a tchórzów, co się starej baby boją! Aha, aha, nie wydziwiajcie no! — tu się wzięła pod boki i śmiała się szyderczo.
— Boicie się, boicie. Ja wiem czego, mądrale! Ja się waszych kamieni nie lękam i w oczy gadam.