Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Aż dnia pewnego ujrzał wrzenie wśród swego ludu, ruch, krzyki, tłumy miotające się wściekle — i oto z tego mrowia wzburzonego, przerażonego, zdjętego wielkim gniewem, utworzyła się gromada, popychająca przed sobą ludzi troje, których wiedli ku niemu — a dłonie mieli pełne kamieni i urąganie na ustach.
Napełnili krużganek i, wepchnąwszy złoczyńców przed majestat jego, poczęli ich oskarżać.
— Oto panie, pojmaliśmy ich, wiarołomnych zdrajców. Każde z nich przyniosło coś z tego przeklętego świata, skąd nas wyzwoliłeś. Pozwól byśmy je ukamienowali.
Mocarz spojrzał ku winowajcom. Był starzec, niewiasta, równa mu wiekiem, i pacholę.
Starzec wytartą książczynę trzymał na piersi, niewiasta kołowrotek z garścią szarego lnu osłaniała przed zawziętością tłumu, pacholę wystraszone, poturbowane, bo mu krew ciekła po policzku, przyciskało pod pachą skrzypce, na których mu już struny pozrywano.
— Coście za jedni? Pocoście się tu wkradli? — spytał władca starego.