Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Żeście mnie starą zelżyli, spostponowali — zbałamucę wam dzieci — porzucą was dla baby! Ot co!
I zuchwale urągała tłuszczy.
— Ukamienować ją! Ukamienować! — zawrzało.
Ale mocarzowi wydała się tak nędzną, tak starą, że nawet gniewu nie odczuł.
— Ukamieniować? — rzekł. — Kogo?Tę starą! Zali nie szkoda waszych rąk i tych kamieni. To drzewo, co trzyma, połamać i spalić, bo to wstyd wobec naszych maszyn, a ją samą, precz wygnać — het na tę górę skalistą, z której ni rolnik, ni fabrykant nie ma żadnego użytku. Tam zmarnieje i zginie!
Rzucili się ku babie. Ona się wciąż szyderczo uśmiechała — połamali jej kołowrotek i w mig go spalili, ale, gdy ją wypchnąć chcieli, uparła się i nie dała ruszyć z miejsca, wołając:
— Chłopca mi oddajcie. Bez niego nie pójdę! Moja krew jest, nie dam go wam na poniewierkę! Chłopca puszczajcie!
Tedy mocarz ku chłopcu oczy zwrócił, a ten łuną się oblał i stał uśmiechając się.