Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ospa dużo szleperek zabrała, i zupełnie podupadli na honorze.
Starsze Hanyski nietylko za posyłkami latają. Smarują też na powierzchni maszyny, czyszczą ich drobniejsze części składowe, pasy, rzemienie, pucują krany, skutkiem czego miał węglowy, zmieszany z tłuszczem, nazawsze do nich przywiera i staje się jeszcze jedną skórą na ich ciele.
Śmiertelność wśród Hanysków bywa zwykle znaczna. Z wiosną zwłaszcza. Pod lada szopą, pod lada pryzmą węgla, pod lada transzą gliny widzieć wtedy można trzęsionego przez febrę Hanyska, po której, opuchły, kwęka jeszcze przez lato, a na jesień, jak mucha zamiera.
Marzeniem chorego na śmierć Hanyska jest, żeby mu na pogrzebie grała muzyka górnicza. Ale jest to marzenie zgoła niedościgłe. Muzyka bowiem górnicza temu tylko za trumną gra, kto w kopalni z przypadku ginie, nie zaś swoją śmiercią umrze.