Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sek po oliwę, po piwo, po chleb, po kiełbasę.
Ta ciągła bieganina właśnie utrzymuje go w tej hartowatości, którą się od innych chłopców wiejskich i miejskich charakterystycznie odróżnia.
Z duchowych jego przymiotów wyrabia się w nim przedewszystkiem spryt, karność w obrębie swojej kopalni i niezależność po za nią. Rozwija się w nim także bardzo wcześnie duma. Hanysek bowiem, jak tylko nosa ucierać się nauczy, uważa się za oficyalistę kopalni, i mówi o niej: my, u nas. Sztygarów, a i naczelnego inżyniera nazywa »stary«, jak to u szleperów słyszy.
Że ideałem Hanyska są niedopałki cygar, papierosów, o tem i mówić nie trzeba; znaczną też część jego zarobków pochłania tytoń, od jakiegoś dziesiątego roku życia włącznie. Że wszakże, nim palić zacznie, rujnuje się na chleb świętojański, nigdy przeto nie wychodzi ze