Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ledwie że fortepianu głową sięga. Tak samo słońcem spalony, tak samo w koszulinie i bosy, z najwyższem natężeniem ściga roziskrzonym wzrokiem chyże ręce brata, i wtór mu jednym palcem na basach daje. Jednym, jedynym palcem, ale co za wtór! Ani zmyli, ani wyprzedzi, ani się opóźni, tylko tu, to tam z głębokim namysłem dźwięczny, wibrujący ton przyrzuci, cały skupiony w sobie, z wpółotwartemi usty, z rosą potu od wysilonej uwagi na szerokiem czole.
I grają tak Szlendaki małe, i płynie w echach piosnka stara, stara, którą śpiewywali ci, co te sady sadzili, co szczepili te jabłonie, te śliwy, i na te mury z poczerniałej cegły w zadumaniu obracali oczy...
Piosenka stara, której echa już się dawno wygasłe zdawały, a oto znowu żyją!
I grają tak Szlendaki małe, jak ich