Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szuli siedzi na prostym zydlu chłopaczyna ogorzały, nizko postrzyżony, drobny, z całym światem pieśni w palących się złotawym blaskiem oczach.
Gra...
Gra i śpiewa razem.
Tyle klawiszy oniemiało w biednej starej klawiaturze, iż chłopiec dośpiewywać musi połowę melodyi niemal. Nie zraża go to wcale. Drobne, spalone słońcem rączęta uderzają, rozbiegają się, uderzają znowu z jakąś szaloną furyą, z jakąś dziwaczną, wprost niezrozumiałą w nich maestryą.
Jedna nożyna bosa naciska klapiący pedał, druga takt bije w podłogę. Chłopak nie ma więcej nad lat osiem, dziewięć; na zydlu ledwo przysiadł, jak ptak na gałęzi. Gra i nie słyszy, że go matka woła. Ogarnęła go całego ta melodya, którą przez pół z piersi dobywa, a przez pół z wązkiej, żółtej klawiatury.
Przy nim, na lewo stoi młodszy. Ten