Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ludzi umachła... A wszystko poszło z głodu. Wody wielkie przystąpiły, lody nie lody, śniegi nie śniegi, jak to zaczęło w górach tajać, a na niźnie walić, to takie wody po polach stały, jak to morze stoi. Ino że morze to ta węgły ziemskie strzymują, a tu nie... Dopiż przyszły deszcze, dopiż wszystko het precz wymiękło, dopiż nastał głód...
A gdy tak mówiła, głos jej nabierał grozą i majestatem przypomnianej klęski, a drobna ręka w kwiecistym rękawie zakreślała szerokie koła ku pagórkom, wznoszącym się przed nami w łagodnych skłonach. Zamilkła już, a rękę trzymała jeszcze wzniesioną przez chwilę. Opuściła ją nareszcie na kijek, brodę oparła na niej, i kiwając głową, patrzyła przed siebie.
— Oj Sucha, Sucha, co nie suszy... Oj Żywiec, Żywiec, co nie żywi...
Westchnęła głęboko i zwróciła ku mnie swoje modre oczy.
— To, pani moja, ludzie sieczkę drobno rzli, mech suszyli i tłukli, ości z owsa przyczyniali, kto miał sól, to solił, a kto ni, to ni, dopiż „kuleszę“ taką na wodzie warzyli, dopiż tę warzę jedli... To psi, pani moja, do trzeciego dnia po niej wyli, a ludzie nic!...
Nachyliłam się ku niej, słuchając.